Wilcze Echa

Skoro już państwo jest

Parokrotnie już dałem wyraz moich anarchistycznych sentymentów. I nie mam tu na myśli anarchizmu rozumianego w sposób szczególny, jako ta czy inna teoryjka lewicowa w postaci anarchokomunizmu, anarchosyndykalizmu i jakiegokolwiek innego dziwactwa. Więcej nawet, nie mam na myśli żadnej konkretnej teorii politycznej. Przez anarchizm rozumiem nie pogląd czy teorię, lecz… tęsknotę. Tęsknotę za wolnością. Czym wolność jest omówić trzeba będzie kiedy indziej. Stąd nie marzy mi się żadna określona utopia ani nie pragnąłbym kształtować ładu społecznego na modłę Kropotkina, nawet jeśli uważam, że w wielu miejscach miał słuszność. Państwo jednak, ten potwór straszliwy, lękiem mnie napawa i wstrętem. Bydlę to cuchnące, co ryczy głośno i tupie, aż ziemia drży i pęka. Gdzie widziałbym złociste fale rozkołysanego morza albo bolesną biel ośnieżonych gór, tam zamiast nich bydlę to na wypas wychodzi i paskudzi. Zda mu się, iż wszelka trawa zielona jedynie na żer mu wyrasta, aby przeżuwać mogło, miażdżyć i ścierać rośne łany. Na dodatek jest to wszystkożerca, co mięsem i krwią nie pogardzi. Z krwi ofiarę składają mu jego kapłani, co za boga go wzięli, widząc, jak muchy go obsiadły w dzień słoneczny.

Jednakowoż potwór ten zagnieździł się i we władanie wziął dawne pastwiska, zżymać się więc można do woli, lecz zad jego tkwić będzie tam, gdzie go usadził. Tęsknić wypada za lepszymi czasami i dzikimi ostępami, tęsknotą bowiem wytyczone jest człowieczeństwo. Aby być człowiekiem tęsknić trzeba. Kto nie wzdychałby, wzrok kierując ku rozmytej dali, mógłby równie dobrze przeistoczyć się w robaka i drążyć sobie ziemię w zwierzęcym spełnieniu. Ja więc tęsknię i tęsknicy swojej strzegę zazdrośnie, piękne bowiem jej jest lico widmowe, a w oczach ma gwiazdy. Z potworem jakoś żyć muszę, do jego smrodu nawyknąć i zwinnie przeskakiwać nad tym, co mu z tyłu wypada. I tu właśnie dochodzę do sedna – lepiej, aby potwór ten nie słabował, bo jeśli osłabnie i zacznie mieć problemy z trawieniem wtedy z przeskakiwaniem niełatwo. A skończywszy z tą przydługą metaforą, myśl przewodnią ujmuję tak: skoro państwo już jest, niechże będzie państwem silnym.

Nie jest to li tylko wyraz rezygnacji i akceptacji niespełnialnego charakteru anarchistycznych marzeń. Państwo silne jest państwem z marginesami i na marginesach tych kwitnąć powinno to, co w normalnych warunkach państwu i jego mróweczkom przykrość sprawia. Warunki normalne zbyt często przeistaczają się w nienormalne, a wtedy to, co przechowane na marginesie, okazać się może nieodzownym. Niezłym chyba przykładem są turbonacjonalistyczne, a czasem wprost neonazistowskie, paramilitarne ugrupowania na Ukrainie, które znalazły dla siebie rolę w czasie obecnej wojny. Agresja i przemoc, do której w czasach pokoju i dobrobytu państwo uzurpuje sobie monopol, nie powinny być wyrugowane zupełnie, albowiem nadchodzi potem czas, że zdolność do agresji staje się cechą pożądaną. Przyroda jest tu chyba niezłym wzorcem, nawet jeśli do takich analogii należy podchodzić ostrożnie: utrzymująca się zmienność wewnątrz populacji sprzyja ujawnianiu się nowych dostosowań, gdy zachodzi nagła zmiana warunków środowiskowych. I tak grupy anarchistyczne zapewne również mogą okazać się użyteczne dla szerszego społeczeństwa, kiedy to zmuszone będzie zmierzyć się z nagłym kryzysem.

Oczywiście istnienie takich marginesów nie jest tym, co konstytuuje siłę państwa, chociaż mniemam, że jej sprzyja. Siła państwa, a przynajmniej ten rodzaj siły, jakiego od niego bym oczekiwał, zasadza się na tym, jak sumiennie wypełnia ono umowę społeczną. Pojęcie umowy społecznej niektórzy uważają za jedną z wielu wydumanych filozoficznych fikcji i nie jest to mniemanie jakoś szczególnie chybione, jeśli wziąć to pojęcie nazbyt dosłownie, a tym samym nazbyt naiwnie. Nie mam chęci, aby wdawać się w jakiekolwiek omawianie dotychczas sformułowanych teorii od Hobbesa po Rawlsa, wszakże nic nam to ostatecznie nie da. Nie mam też zamiaru podsuwać własnej teorii. Obędzie się bez teorii, a wystarczy zwyczajnie zrozumienie.

Ludzie, obywatele, mają pewne oczekiwania wobec instytucji państwa. Oczekiwania te w większości nie są raczej nazbyt konkretne, jednak w oczywisty sposób wiążą się z realnymi potrzebami: bezpieczeństwa, żywności, dachu nad głową i tak dalej. I tu sprawa jest prosta. Państwo, które potrafi wypełnić te potrzeby, jest w moich oczach państwem silnym. Jeśli nie, jest państwem kartonowym. Nie zamierzam tym samym podstawiać prężenia muskułów za realną siłę; zrównywać siłę państwa z liczbą czołgów lub wartością giełdy. Jedno i drugie w silnym państwie zapewne ma swoją rolę, lecz nie są to własności według mnie koniecznie. Jeszcze innym błędem byłoby zrównać siłę z sukcesem z polityce międzynarodowej, bo choć silne państwo będzie w stanie osiągać cele polityczne poza swoimi granicami, to samo przydarzać się może państwu kartonowemu. A państwo, które dominuje sąsiadów, lecz niezdolne jest wypełnić swoich zobowiązań wobec obywateli, jest wydmuszką.

Państwo chciałbym widzieć silnym w ten sposób, bowiem tylko takie państwo warte jest poświęconej wolności i sprawczości jednostkowego człowieka; bowiem tylko takie państwo może zapewnić, iż pozostałą sprawczość człowiek zachowa i nie padnie ofiarą garstki panów, którzy zawsze czekają z obrożą na podorędziu. Rzeczpospolita jednak z wielkim uporem dąży w stronę kartonu, co pokazuje choćby niedawne obniżenie składki zdrowotnej. Pełzająca prywatyzacja opieki zdrowotnej, uzasadniania niewydolnością zagłodzonych instytucji państwa, finał swój znaleźć może wyłącznie w utowarowieniu własnych obywateli. Rzecz jasna nie jest to jedyna droga ku temu, a państwo Polskie przerażająco ochoczo posuwa się wzdłuż wielu z nich: pozwalając amerykańskim korporacjom handlować danymi Polaków; pozwalając lichwiarzom zagranicznych banków odzierać ich ze skóry; goląc swoich obywateli, aby więcej swetrów dziergać marznącym przecież deweloperom. Parada wojskowa od święta i groźne miny premiera nie zakryją rozkładu ciała zżeranego przez nowotwór liberalizmu – wabić będzie on więcej padlinożerców. W dzień słoneczny tym więcej much ściąga do siebie.

Skoroż państwa pozbyć się nie da, niechże przynajmniej będzie silne, zamiast ropę z siebie sączyć i smród roztaczać. I jeśli mam w sercu jakiekolwiek ciepłe uczucia względem rodaków, to właśnie takiego państwa silnego im życzę, nawet jeśli, patrząc na sondaże, tak chętnie wspierają masarzy, co tylko chcieliby z nich kiełbasy narobić. Bo i tego samego chciałbym dla siebie.