Wilcze Echa

Postępowcy

Spójrz, oto nora o murach wilgotnych. Posadzki dostrzec nie zdołasz, albowiem zakryta jest ludzkimi ciałami. Ludzkimi? Wszak ciała to zbyt pokraczne nawet jak na człowieka. Kalekie i wątłe, oto ciała postępowców w ukłonie złamane.

Spójrz tam, dokąd czoła swe zwracają, skleiwszy je z kamieniem. Dojrzysz tam ołtarz, brązowy od krwi zeschłej. Przy nim kapłan stoi, kaznodzieja postępu, orędownik naprzód marszu, w szacie liturgicznej swojego obrządku. Nazywają ja garniturem.

Biada tobie! Oczy swe ku tobie skierował. Puste są to oczy, dwie dziury zamiast zwierciadeł, nie ma wszak duszy, którą mógłby w nich odbić. Puste to oczy, jak i puste jego obietnice i puste nadzieje, którymi mami klęczących.

Pustka widzi, że na nogach tkwisz, żeś się w pokłonie nie złamał. Skinęła ku tobie i usta rozwarła: „Czemu czci wraz z nami nie oddajesz? Czemu pokłonu nie złożysz bogu naszemu?”

Odpowiedzi czeka – cóż mu odrzekniesz? I mnie on kiedyś zapytał podobnie. Stąpaj ostrożnie, bo i twoja krew po głazie spłynie i zaschnie. Ja jestem szczęściarzem – tylko mnie precz przegnano.

„Czemu bluźnisz przeciw darczyńcy naszemu? Czyż nie darzy nasz hojnie, i tobie darów nie skąpiąc? Czyżbyś innym, fałszywym idolom już się zaprzedał?” – tak mnie onegdaj zapytał. Odparłem mu, że fałszywym bożkom czci nie oddaję i że wyjątku dla niego nie zrobię. Po tym uciekać musiałem przed jego nożem wyszczerbionym. Klątwy garbusów deptały mi po piętach.

Niech cię nie zwiedzie ich wyznanie, jakoby ku wyżom tęsknotę kierowali. Pokraczni są i garbaci, ich czoła do kamienia się tulą. Gdy na chwilę tylko je unoszą, w głowach im wiruje, stąd garną się do kurzu posadzki. Pełzać w tym kurzu – temu są radzi. Niech cię nie zmamią snami o lataniu.

Trwali na klęczkach od wieków, toteż gdy dawnych bożków strącono z ołtarzy i w pył rozbito, wyprostować się już nie mogli. Ścierpieć też nie potrafili widoku pustego tronu. Ulepili tedy sobie bożka nowego i nadali mu miano – Postęp – po czym oddali mu wszystko, co posiadali, to jest niewiele.

Ten ich bóg okrutny jest, bowiem na swoje podobieństwo go stworzyli, a nie masz okrutniejszych nad pokraki. Prawdą jest też, że każdy solidny bóg musi strach budzić i ofiar żądać – roślinożercom nawet garbus kłaniać się nie chce. Ten nowy bóg jednak nienasycony jest, oto bowiem nie tylko ludzi zarzynają na jego ołtarzu, ale i człowieczeństwo samo.

Zastanów się, cóż wyznawcom swoim Postęp oferować może, że warto dlań człowieka utracić? A może morderstwo Boga taką zbrodnią było, iż jedynym zadośćuczynieniem jest człowieka zabić?

Zerknij na te spleśniałe gobeliny, którymi okna skrzętnie zakryli w tej swojej zatęchłej norze. Oj tak, nim przybytek ten na swoją świątynie obrali, były tu okna, lecz świeże powietrze im szkodzi. Kaszlą i rzężą od niego, alergią to nazywając. Ja jednak myślę, że boją się, że im wiatr słodki smród kaźni wywietrzy. Do czego się wtedy ślinić będą?

Zakryli zatem okna dawne z witrażami pięknymi. Jedne zakryli Wykresami, inne Tabelkami. Och, miłują oni swoje słupki i tabeleczki, wykresiki i krzywe. I mają swoich scholastyków, co na wyścigi zbierają je w dowody na dobrotliwość ich boga i jego zastępów świętych. Jednego z tych świętych nazywają Gospodarką.

Kapłan wciąż czeka na ciebie, tyś mu nie odpowiedział. Nóż w bladej dłoni, w trupiej dłoni ściska. Na kolana padnij, jeśli ratować się chcesz, albo uchodź stąd, jak ja uszedłem kiedyś. Pamiętaj jednak, aby nie biec przed siebie. Kluczyć musisz i skręcać. W gnaniu naprzód postępowcy nie mają sobie równych. Inaczej jak do przodu poruszać się nie potrafią. A już na pewno nie potrafią się wspinać.

Kiedym ja uciekł, zdołałem jeszcze wykraść im relikwię cenną, którą plugawili. Pamiątką jest to najstraszliwiej ich ofiary, straszliwszej nawet niźli rzeź człowieka. Zwłoki Przyszłości im wykradłem.

Wypruli z niej ścięgna i żyły, aby uszyć te swoje gobeliny, a tym, co z niej wypłynęło, pobarwili je. Raduj się, żeś nie musiał szczątków jej oglądać po tym, jak ich rzeźnicy skończyli ją sprawiać.

Jeśli uciekniesz im, pójdź ze mną na wzgórze dalekie, gdziem zdołał dotaszczyć zezwłok Przyszłości i gdziem pochował ją w mogile, na której kamienie z pobliskiego potoku ułożyłem jako nagrobek, aby zwierzęta dzikie resztek padliny nie pożarły. Bezimienny jest to grób, bo kto znał ją za życia, imion nie potrzebuje. Dzikie kwiaty polne wieńcem są dla niej, a nocą gwiazdy świecą jej jako znicze.

Lecz kiedy już tam staniesz, stąpaj trwożnie i cicho. Niektórych zmarłych lepiej w spokoju zostawić.