Dowodzić raczej nie trzeba, że umysł przeciętnego aktywnego w socialach internauty trapi jakaś forma choroby dwubiegunowej. Stąd zaskakującym nie jest, że na słowa Donalda Tuska o szkoleniach wojskowych ci, co jeszcze dzień wcześniej pewni byli szybkiej i druzgocącej klęski Rosji, gdyby ta zdecydowała się napaść na jakikolwiek kraj NATO, wydali z siebie histeryczny krzyk i unisono poczęli deklarować, że do okopu ginąć nie pójdą. Czy taka reakcja była słuszną na mętne, jak zwykle, zapowiedzi Donalda Tuska, którego cechą charakterystyczną jest rzucanie od czasu do czasu podobnych zanęt opinii publicznej? Pewnikiem nie, lecz ja nie o ćwiczeniach, a o premierze Rzeczpospolitej owszem, jednakowoż z innej perspektywy.
Jednym z głównych haseł wykrzykiwanych przez chór zrozpaczonych było zaprzeczenie, że państwo polskie cokolwiek im dało; że całe ich życie tylko ich doiło, toteż nikt nie ma zamiaru iść i umierać za Tenkraj. Temu zaśpiewowi inna pieśń odpowiadała, pieśń o obowiązkach i etosie obywatelskim; hymn ku czci jednego z najlepszych miejsc do życia na świecie, którego bronić nie tylko warto, ale trzeba. Sęk w tym, iż nawet jeśli wydawać się komuś może, że obraz państwa, które nic nikomu nie dało, a tylko zabiera, jest przesadzony, to niemniej liczba głosów wysuwających te oskarżenia dowodzi, że państwo jednak zawiodło. Zawiodło też, kiedy widzimy postulaty słania na rzeź bezrobotnych, „żyjących z socjalu darmozjadów” i tak dalej. Tak, III RP zawiodła w dwójnasób.
Raz, że nie tylko zezwoliła liberalnej ewangelii egoizmu, maskującej się jako pochwała krzywo pojętego indywidualizmu, zaszczepić się w sercach Polaków, lecz jej elity same ochoczo przez dekady wchodziły w kaznodziejskie szaty tego wyznania i stawały na kazalnicy, prowadząc działalność misyjną. Zaskakiwać nie powinno, że po ponad trzydziestu latach tresury jakiekolwiek poczucie wspólnotowości i solidaryzmu, nieodzowne do tego, aby skłonić kogokolwiek do zaryzykowania lub poświęcenia własnego życia, erodowało. Erodowało nie tylko do stanu, w którym nikt nie chce za to państwo walczyć, ale wręcz do stanu, w którym choć złotówka przekazana w procesie redystrybucji społecznej jest odbierana jako dzieło masarskie, wykrawanie żywego mięsa i rzucanie go na żer leniwym sępom w Tymkraju. Ostatni Człowiek baczy troskliwie na siebie, a jeśli kocha sąsiada, to tylko dla potrzeby ciepła. Liberalizm, naczelne wyznanie wiary III RP, jest dlań inkubatorem i kołyską.
Dwa, że jednocześnie podskórnie wszyscy czują, iż choć ewangelia ta mówi również o równości, choćby równości obywateli wobec prawa, w ten element nie wierzą nawet najbardziej wokalni wykonawcy hymnów pochwalnych polskiego liberalizmu. Owocem liberalnej religii nie jest republikańskie państwo równych sobie obywateli, lecz masy żywicielskie karmiące wyspecjalizowane pasożyty – kleszcze i glisty Rzeczpospolitej. Kleszcze te obsiadły naród polski, jednocześnie szeptając mu o jego powinnościach i obywatelskim obowiązku karmienia. Wyhodowanie tychże jest dowodem właśnie, iż III RP nie ma prawa wymagać od Polaków jakiegokolwiek poświęcenia.
Jakiś czas temu obejrzałem fragmentami wywiad ze Szczepanem Twardochem u Rymanowskiego. Padło tam pytanie o stosunek ukraińskich żołnierzy do tych, którzy uciekli za granicę, do uchylantów. Odpowiedź była oczywista, a sam Twardoch przytomnie zauważył, że stosunek ten wynika ze świadomości, że na koniec wojny to uchylanci będą tymi, którzy przeżyją cali i zdrowi. Powstaje zatem pytanie: jak uzasadnić, że postawa uchylantów jest niewłaściwa, skoro wszelki praktyczny rachunek wskazuje przeciwnie? Czyż pomstowanie żołnierzy ukraińskich nie przypomina klątw, jakie mogłyby słać prosięta pozostałe w ubojni wobec tych, które zdołały przecisnąć się pod ogrodzeniem? Cóż jednak po wstydzie tych prosiąt zbiegłych, kiedy spojrzą potem na półtusze bohaterów? Wszelkie odpowiedzi, jakie znajdziemy, będą przywoływać pojęcia obowiązku i natury obywatelstwa. Postawa heroiczna, z natury samej szlachetna i wysoka, a tym samym zupełnie niepraktyczna, nie może oprzeć się na innym fundamencie. Jest to jednak fundament bagnisty, albowiem odwołania do heroizmu i powinności dźwięczą pusto, kiedy żywiciel widzi uczepione siebie pijawki.
Glisty III RP - jej premierowie, prezydenci, posłowie, radni czy stojące za nimi szeregi polskiej inteligencji - same tak oddalone od szlachetności i poczucia obowiązku tak jak to tylko możliwe, są prawdziwą przyczyną tego, że nie sposób uznać spełniania jakichkolwiek obywatelskich powinności za frajerstwo. Czerwie te śliniące się na myśl o żerowaniu na państwowej padlinie, same dając dowody słuszności takiej konstatacji poprzez skrupulatne wyłączanie się z tych samych powinności, podważyły je zupełnie. Cynizm Polaków względem polityków jest wybitnie dobrze uzasadniony, a próby utrzymywania, że to nie „za polityków” walka ma się toczyć, lecz „za państwo i współobywateli” nikogo nie przekonają, kiedy to właśnie państwo funkcjonuje w istocie jak dojna krowa. Podział na panów i chamów przetrwał zawieruchy dziejowe, być może stanowiąc osnowę polskości, nie oczekujmy więc od chamów, iż rzucą się bronić pańskiego folwarku.
Dopuszczając, a wręcz aktywnie przyczyniając się do takiego stanu rzeczy, Rzeczpospolita sama zdjęła ze swoich dzieci wszelki ciężar obowiązku i nie ma legitymacji do tego, aby wymagać, aby krwią podlewały jałowa ziemię. Wymierający naród o 1000-letniej historii liczyć może zaledwie na względnie pozbawioną cierpienia starość w domu opieki, a zamiast okrzyku bojowego będzie zdolny wydać z siebie tylko starcze westchnienie.