Wilcze Echa

(Bez)ruch wolnego oprogramowania

Ruch wolnego oprogramowania, jak legenda głosi, narodził się, kiedy Ryszard Stallman zapragnął zainstalować drukarkę, ale mu się nie udało, po czym, dla odreagowania, zdecydował się molestować koleżanki na MIT, co kilka lat temu wywołało straszną aferę. Jeśli takie wprowadzenie wydaje się skąpym i naciąganym, to słusznie, jednak nie zamierzam powielać tego, co napisano milion razy w innych źródłach, toteż jeśli ktoś nie wie, czym jest wolne oprogramowanie, niechaj sam się najpierw dowie. Kiedy już się dowie, może przejść do drugiego akapitu.

Bolączka moja, którą chciałem się tutaj podzielić, polega na konstatacji, że znaczna część wysiłku wkładanego z rozwój wolnego oprogramowania wiąże się z dziecięcą wręcz naiwnością - naiwnością jakże właściwą ludziom zaangażowanym w technologię, a posiadającym braki w wykształceniu humanistycznym. Naiwność ta uniemożliwia dostrzeżenie tej, jakże prostej, prawdy: problem, z jakim walczy ruch wolnego oprogramowania, nie jest problemem technologicznym, a politycznym; nie jest to problem możliwy do rozwiązania poprzez główkowanie i pokonywanie technicznych ograniczeń, usiłując stworzyć wolny ekwiwalent jakiegoś niewolnego produktu, lecz wymaga on aktywności politycznej (w klasycznym rozumieniu tego słowa). Chcę przy tym zaznaczyć, że akurat Ryszard Stallman chyba częściowo to rozumiał i rozumie. Młodsze pokolenia jednak, mam wrażenie, w sporej mierze mniemają, że wystarczy napisać dostatecznie wiele milionów linii kodu na odpowiedniej licencji, aby osiągnąć założone cele tegoż ruchu. Może nawet lepiej mówić o sentymencie niźli o celach lub postulatach, przekonany jestem bowiem, że żaden ruch społeczny nie ma w istocie skonkretyzowanych i łatwo weryfikowalnych celów bądź też formułuje je wyłącznie doraźnie i to nie one definiują sukces lub porażkę.

Na czymże jednak sukces ten potencjalny miałby polegać w tym wypadku? Jednych zdaje się zadowalać sytuacja, w której wszystkie programy i narzędzia potrzebne człowiekowi w XXI wieku występują w wariancie wolnego oprogramowania, obok rozwiązań i usług zamkniętych. W takim wypadku chętni mogą uciec od niewoli gigakorporacji, jeśli tylko znajdą odrobinę motywacji. To stanowisko zdaje się zapominać, że samo oprogramowanie nie wystarczy, lecz potrzebna jest też infrastruktura: fizyczna i cyfrowa. Nikt jeszcze nie położył wolnych kabli internetowych, a utworzenie dla siebie przyjemnego kątka dla wybranych jest jedynie eskapistycznym wytchnieniem i nic ostatecznie nie zmienia. Inni żądają, aby te warianty nie tylko były dostępne, ale i traktowane były jako domyślne i preferowane. Przykładowo usługi publiczne powinny być wolne i otwarte, podobnie jak infrastruktura, na której działają. Ci adresują wątpliwości, które zgłosiłem względem stanowiska poprzedniego. Jeszcze inni oczekują, że na końcu drogi czeka świat, w którym własnościowe i zamknięte oprogramowanie nie występuje wcale. Warunkiem koniecznym osiągnięcia jakiegokolwiek z tych stanów rzeczy mają być kluczowe wolności: do nieograniczonego uruchamiania, do nieskrępowanej modyfikacji kodu źródłowego i do dystrybucji kopii razem z potencjalnymi modyfikacjami. Chwila analizy uwidacznia jednakowoż, że te wolności nie tworzą warunku wystarczającego, a zasadniczo nie są wcale do niczego konieczne. Stąd wniosek mój wypływa taki, że ruch wolnego oprogramowania błądzi w swojej masie. I stwierdzam to, sam będąc zarówno użytkownikiem, jak i twórcą takowego.

Jeśli przyjrzeć się zarówno historii ruchu, jak i wysuwanym postulatom, jasnym jest, iż wolne oprogramowanie tworzą programiści dla programistów. Ludzie innych powołań z rzadka angażują się również, i czasami dostają w swoje ręce owoce działań praktycznych (Blender, Krita). To nie zmienia jednak faktu, iż dostęp do i modyfikacja kodu dla większości ludzi są bezwartościowe. Więcej, żaden z programistów w istocie nie jest i nie będzie w stanie skorzystać z tych forsowanych wolności, zarówno przez brak wiedzy i umiejętności, jak i przez pewien banalny fakt o naszym życiu na tym świecie - trwa ono krótko. Wolne oprogramowanie wymaga takiej samej specjalizacji i podziału pracy jak niewolne. Empiria zresztą sama przynosi nam przykłady projektów nominalnie wpisujących się z koncepcję wolnego oprogramowania, jednocześnie w oczywisty sposób będących poza kontrolą ogółu użytkowników komputerów, telefonów czy internetu; projekty wierne literze, lecz wypaczające ducha: Chromium, Android, Linux. Projekty te w teorii każdy może do woli przeglądać, wykorzystać podług własnego uznania i zacząć rozwijać po swojemu, w praktyce jednak nikt tego nie robi, biorąc pod uwagę dziesiątki milionów linii kodu zawartych w tych projektach, i pozostają one pod kontrolą Google'a (Chromium i Android) lub całego konsorcjum wielkich korporacji (Linux). Uświadomieni użytkownicy używający swojej ulubionej dystrybucji Linuxa są tak samo zdani na łaskę szeregu podmiotów, niektórych komercyjnych, innych nie, jak użytkownicy Windowsa. Fakt, że dystrybucje te nie są tak inwazyjne i wrogie człowiekowi jak produkty Microsoftu nie wynika wcale z licencji, na jakiej powstały ich komponenty, ale po prostu z tego, że nikt nie ma potrzeby stosować tam tych samych praktyk, które Microsoft stosuje na Windowsie. Komu zdaje się, że w takiej sytuacji wystarczy zrobić kolejnego forka, sam szereguje się w pierwszym z typów opisanych w poprzednim akapicie: typie eskapistycznym. Stąd spostrzeżenie z początku tego akapitu jest tu kluczowe: wolne oprogramowanie to zabawa dla małego promila populacji. Poprowadzenie Linuxa pod strzechy znalazłoby finał w czymś, co w swojej istocie nie różniłoby się od obecnej sytuacji z Windowsem.

Łatwo przewidzieć zjawiającą się w tym miejscu replikę: może i mam słuszność, że cztery kluczowe wolności oprogramowania nie wystarczą do tego, aby zapewnić to, o co w istocie toczy się rozgrywka - wolność użytkownika, a nie tylko programisty - lecz pozostają one kluczowe, albowiem bez nich wolność takowa wcale nie jest możliwa. W skrócie - może nie są to warunki wystarczające, jednak pozostają warunkami koniecznymi. Wolne oprogramowanie daje przynajmniej jego użytkownikom możliwość, podczas gdy oprogramowanie niewolne użytkownika tych możliwości pozbawia. Sęk w tym, że możliwość, z której nie da się w praktyce skorzystać, jest jedynie fantazmatem. Przywiązanie do tegoż fantazmatu ukazuje, że ruch wolnego oprogramowania w swojej masie nieprawidłowo zidentyfikował problem. Wyjaśnia też być może, dlaczego pomimo tego, że wolnego oprogramowania jest coraz więcej, większość, albo i ostatecznie wszyscy, użytkownicy urządzeń cyfrowych i internetu posiadają mniej swobody, samodzielności i sprawczości niż kiedykolwiek wcześniej. I nawet sto kolejnych systemów operacyjnych, kompilatorów, przeglądarek czy bibliotek udostępnionych na licencji AGPL nic tu nie zmieni, bo to nieco tak, jakby rozwiązywać problem ubóstwa dając biednym ludziom drogie przedmioty. Oto bowiem problem biedy jest systemowy i nie daje się rozwiązać filantropią. Podobnie wszelkie problemy, których rozwiązaniem miałoby być wolne oprogramowanie, są systemowe i rozwiązać je można jedynie systemowo - czyli poprzez politykę. Stąd niezwykle pociesznym jest popularny w programistycznych kręgach sentyment, aby nie mieszać polityki do technologii, bowiem uwidacznia podwójne naiwniactwo. Raz, że utrzymuje on fikcje wyrzucania polityki drzwiami i działania niepolitycznego, dwa, że deklaratywnie niepolityczne działanie chroni przed oddziaływaniem polityki wchodzącej oknem.

Swawola wielkich korporacji, naruszenia prywatności, nagłe ucinanie wsparcia technicznego, ograniczanie interoperacyjności, handel danymi czy w końcu zwyczajnie psucie doświadczenia użytkowania komputerów dzieją się z prostych powodów - bo mogą się dziać i się opłacają. Żadnego z tych powodów nie daje się wyeliminować tym czy innym otwartym projektem. Eliminacja ich wymaga siły, której nie konstytuują języki programowania czy biblioteki na właściwych licencjach. Siła ta jest siłą przeprowadzenia zmiany politycznej. I ruch wolnego oprogramowania jej nie posiada. Nie oznacza to oczywiście, że nie rodzi owoców, sprawia jednak, że kosztują ich jedynie nieliczni, którzy posiadają umiejętności i samozaparcie do tego, żeby je zrywać. I myliłby się ten, kto sadziłby, że to wystarczy, bo zabawa ta trwa tylko dlatego, że nie stanowi większej bolączki dla tych, którzy rzeczywiście siłę i władzę posiadają, a i daje się pożytecznie wykorzystać jako darmowa siła robocza. Kto liczyłby na rzucenie poważnego wyzwania nieetycznym BigTechom, musiałby mieć siłę zatrzymania buta, którym w takim wypadku próbowałyby go zgnieść. Wszelkie ruchy (prawdziwie) emancypacyjne w historii, które odniosły sukces, siłę czerpały z liczebności i solidaryzmu partycypujących. Elitarna grupka wzajemnego wsparcia dla aspołecznych, przeżartych idpolową ideologią płatków śniegu - bo tym w znacznej mierze jest współcześnie ruch wolnego oprogramowania, z jego ciągłymi aferkami i następującym po nich forkowaniem forków - nie posiada pierwszego i brzydzi się drugiego.

Wobec tego wszystkiego zamiast o ruchu należy raczej mówić o bezruchu.